wtorek, 25 listopada 2014
Ja
Witam wszystkich słuchaczy ( ? ), raczej czytelników. Ja także będę was zanudzać moimi długimi opowiadaniami. Miejmy nadzieję, że nie umrzecie od moich pomysłów . No więc tak to tyle :)
piątek, 21 listopada 2014
Dialog cz.1
- Sowo, kim ty właściwie jesteś?
- Ja? Jestem Sową, nie wiedziałaś?
- No wow... fajnie by było, gdybyś wykazała jakąś inicjatywę i rozwinęła... sama wiesz.
- Muszę?...
- Tak, Sowo, musisz.
- Dawno, dawno temu...
- No, bez takich!
-... żyli sobie trzej królowie, którzy...
- Uważasz się za pupilka tego czarodzieja? To ile ty masz lat?
- ...
- Nic nie mówiłam.
- Dziecko, jak sama stwierdziłaś, starszym się nie przerywa.
- Na razie nawet nie zaczęłaś...
- ...
- Milczę jak grób!
- Tak właściwie, to nawet nie istnieję, więc nie ma o czym mówić. Mogę zmyślać.
- Fakt, przecież to właśnie mamy robić.
- Nie, po prostu muszę wymyślić coś sama, bo TY nagle wpadłaś na pomysł, że stworzysz sobie Sowę, która będzie pisała ci nagłówki...
- To jest jednorazowe... zresztą, co ja ci się będę tłumaczyć. Tego wymagała akcja.
- Której nie było!
- Sowo...
- A kim TY jesteś?
- Ja tylko piszę.
- A ja tylko wytłuszczam nagłówki.
- Sowo!
- Apeluję o jakąś rolę w tej szopce.
- Da się zrobić. Jak mam cię nazwać?
- Kordelia? Wiesz, zawsze chciałam mieć na imię Kordelia...
- Nie ty, tylko Anka z Zielonego Wzgórza.
- Być może.
- Ja? Jestem Sową, nie wiedziałaś?
- No wow... fajnie by było, gdybyś wykazała jakąś inicjatywę i rozwinęła... sama wiesz.
- Muszę?...
- Tak, Sowo, musisz.
- Dawno, dawno temu...
- No, bez takich!
-... żyli sobie trzej królowie, którzy...
- Uważasz się za pupilka tego czarodzieja? To ile ty masz lat?
- ...
- Nic nie mówiłam.
- Dziecko, jak sama stwierdziłaś, starszym się nie przerywa.
- Na razie nawet nie zaczęłaś...
- ...
- Milczę jak grób!
- Tak właściwie, to nawet nie istnieję, więc nie ma o czym mówić. Mogę zmyślać.
- Fakt, przecież to właśnie mamy robić.
- Nie, po prostu muszę wymyślić coś sama, bo TY nagle wpadłaś na pomysł, że stworzysz sobie Sowę, która będzie pisała ci nagłówki...
- To jest jednorazowe... zresztą, co ja ci się będę tłumaczyć. Tego wymagała akcja.
- Której nie było!
- Sowo...
- A kim TY jesteś?
- Ja tylko piszę.
- A ja tylko wytłuszczam nagłówki.
- Sowo!
- Apeluję o jakąś rolę w tej szopce.
- Da się zrobić. Jak mam cię nazwać?
- Kordelia? Wiesz, zawsze chciałam mieć na imię Kordelia...
- Nie ty, tylko Anka z Zielonego Wzgórza.
- Być może.
Trzy królestwa
Dawno, dawno temu...
Światem władali trzej bracia - Onyks, Rubin i Topaz. Przed laty utworzyli trzy odrębne królestwa, których złączone granice tworzyły trójkąt.Każdy z królów inaczej sprawował władzę w swoich krajach, jednak w jednej kwestii byli zgodni - opracowana przez nich taktyka osiągnęła zamierzony sukces. Królestwa nie utrzymywały ze sobą kontaktu - były jak inne światy, dzieliły je nawet kultura, religia i obyczaje.
Najstarszy Król - Topaz był okrutnym monarchą.
Czarnoksięstwo było jego domeną. Posiadał ważną umiejętność manipulowania ludźmi, jednak każdorazowe użycie jej zabierało mu mnóstwo energii. Na nieszczęście dla poddanych, Topaz znał inne sposoby na zdobycie władzy absolutnej - rozsiewał w ludziach paniczny strach, który był źródłem jego mocy. Co miesiąc, podczas nowiu, zabierał z miasta jednego młodzieńca i na czele procesji prowadził go do pałacu. Tej nocy z wież zamkowych dochodził mrożący krew w żyłach wrzask - poddani chowali się w swoich domach, zamykali okna, zatykali uszy swoim dzieciom. Rodzina, która straciła jednego z członków, była wspomagana przez sąsiadów. Wszyscy żyli w zgodzie, każdy mógł liczyć na każdego. Niczego nie ukrywali, nie mieli przed sobą tajemnic - byli jedną duszą w wielu ciałach, zjednoczeni w strachu przed okrutnym królem.
W królestwie Onyksu na szacunek zasługiwali głównie lekarze i duchowni.
Uczelnie kształciły najlepszych medyków, zaś Msze odprawiali pobożni księża. Onyks niczego nie pragnął bardziej, niż zbawienia. Chciał, by uważali go za dobrego króla, żyjącego w zgodzie z Bogiem i poddanymi. Cenił sobie ludzkie życie, a myśl o cierpieniu napawała go lękiem. Bał się śmierci. Wszystkie miejskie ulice zawsze świeciły czystością, podobnie jak mieszkania ludu. Co miesiąc, podczas nowiu, strażnicy przeszukiwali domy mieszkańców i oceniali je pod względem schludności. Niechlujów poddawano karze chłosty, która odbywała się na zamkowym dziedzińcu. Straże pilnowały, aby na teren królestwa nie przedostała się żadna epidemia. Lekarze radzili sobie z każdą chorobą, ludzie nie przeziębiali się. Z wolna obsesja na punkcie zdrowia przeszła na mieszczan - do domów wpuszczali tylko najbliższych sąsiadów, najlepszych przyjaciół. Niepokoili się każdym zachorowaniem. Stali się wobec siebie oziębli i nieufni. Ich jedyną rozrywkę stanowiło przechwalanie się kondycją członków swojej rodziny.
Najmłodszy Król - Rubin, także miał nie po kolei w głowie.
Cenił sobie pyszną strawę i dobrą zabawę. Podczas uczt nie przejmował się czystością talerzy, stołów, podłóg, czy ścian - ludzie bawili się przez całą dobę, przez cały rok. Chlubą Rubinu był legendarny róg obfitości, który raz po raz napełniał się jedzeniem, trunkami, a także drogocennymi kamieniami. Ulice miasta nigdy nie były sprzątane, domy ledwo trzymały się w fasadach, meble w mieszkaniach nie były odkurzane, leżały na podłodze, a nikt nie kwapił się, by je ustawić. W królestwie panował chaos, jednak władca się tym nie przejmował. Dzięki nieskończonym dobrom, zapewnionym przez róg obfitości, ludzie mogli tańczyć do białego rana. W zasadzie nikt nie był na tyle trzeźwy, żeby przejmować się "przyziemnymi sprawami". Mieszkańcy obawiali się tylko jednego - końca hulanki. Myśl o przerwaniu zabawy była dla nich nie do pomyślenia.
Na pewnej wyspie, mieszkał nieznany czarodziej o wielkiej mocy.
Potrafił wzburzyć fale na płaskim jak stół morzu, ruchem ręki rozgonić gęste chmury, skinieniem głowy obracać w pył najwyższe szczyty. Dla niego ptaszyny wyśpiewywały swe trele. Żył samotnie, jednak gdyby ktoś spytał go o wiek i imię, zapewne odpowiedziałby, że jest stary jak piasek, po którym chodzi, a ludzie nazywają go Przeznaczeniem. Ów starzec od jakiegoś czasu z niepokojem przyglądał się poczynaniom władców, obserwując trzy królestwa z wielkiej, nagiej skały.
Pewnego dnia, czarodziej opuścił swą wyspę.
Najpierw zawędrował do królestwa Topazu.
Stanął na wielkim placu i zwołał ludzi do siebie. Poddani byli podejrzliwi, kilku młodzieńców głośno wyśmiało staroświecko ubranego starca. Czarodziej wręczył im nasiona nieznanych dotąd roślin i kazał zasadzić je na rozległych polach uprawnych, należących do króla. Kobiety przeraziły się, gdyż monarcha surowo karał tych, którzy ośmielili się wtargnąć na teren jego zamku. Mężczyzna jednak uśmiechnął się do nich pogodnie i machnął ręką. "Dobry król ceni sobie dobroć swoich poddanych, a te nasiona z całą pewnością nie wyrządzą szkód w waszych miastach. W tych czasach nawet namiastka piękna i radości wywoła uśmiech na zmęczonych życiem twarzach." Ludzie poczuli, że starzec jest kimś, komu mogą zaufać i spełnili jego rozkazy.
Następnie wybrał się na dwór Onyksu.
Poszedł prosto do komnaty króla i wszedł bez pukania do przestronnego pomieszczenia, które zamieszkiwał "patron medyków". Władca przeraził się na widok czarodzieja, myśląc, że oto przyszła po niego Śmierć, by osądzić o jego losach. W zasadzie nie mylił się zbytnio, jednak mężczyzna sprawiał wrażenie poczciwego starca, więc Onyks odetchnął z ulgą. Staruszek wręczył mu zwierciadło w złotej ramie i polecił, by król powiesił je nad swym łóżkiem i co wieczór spoglądał w nie. Oznajmił, że dzięki niemu wstąpi na drogę zbawienia. Przestrzegł go też, że przerazi się tym, co zobaczy.
Na koniec minął bramy państwa Rubinu.
Mijał ludzi, którzy leżeli na ulicach - poddani zwykle zasypiali tam, gdzie stali - na wyłożonych kamieniem drogach, nieprzystrzyżonych trawnikach... Czarodziej stąpał cicho, by ich nie obudzić. Minął ostatnie ulice miasta i skierował się na wzgórze, gdzie stał kamienny zamek Rubinu. Niezauważony zakradł się do niemal pustego skarbca i schował róg obfitości do swojego worka. W drodze powrotnej ruchem ręki zasiał na zarośniętych chwastami polach ziarna pszenicy i innych roślin uprawnych - te wzeszły od razu, jakby za sprawą jakiegoś czaru.
Czarodziej wrócił na swoją skałę i zaczął obserwować poczynania władców.
Z nasion zasadzonych w królestwie Topazu wyrosły oszałamiająco piękne kwiaty. Ludzie oglądali je całymi dniami, ciesząc nimi wzrok, a na ich twarzach po raz pierwszy zagościł uśmiech. Jałowa ziemia królestwa nagle pokryła się zielenią. Czarodziej za pośrednictwem barwnych roślin zasiał w sercach ludu odwagę do walki ze złym monarchą. Poddani prędko obalili czarnoksiężnika, który nie spodziewał się ataku ludzi, których zwykł nazywać tchórzami.
Po kilku latach dawni królowie odnaleźli czarodzieja.
Światem władali trzej bracia - Onyks, Rubin i Topaz. Przed laty utworzyli trzy odrębne królestwa, których złączone granice tworzyły trójkąt.Każdy z królów inaczej sprawował władzę w swoich krajach, jednak w jednej kwestii byli zgodni - opracowana przez nich taktyka osiągnęła zamierzony sukces. Królestwa nie utrzymywały ze sobą kontaktu - były jak inne światy, dzieliły je nawet kultura, religia i obyczaje.
Najstarszy Król - Topaz był okrutnym monarchą.
Czarnoksięstwo było jego domeną. Posiadał ważną umiejętność manipulowania ludźmi, jednak każdorazowe użycie jej zabierało mu mnóstwo energii. Na nieszczęście dla poddanych, Topaz znał inne sposoby na zdobycie władzy absolutnej - rozsiewał w ludziach paniczny strach, który był źródłem jego mocy. Co miesiąc, podczas nowiu, zabierał z miasta jednego młodzieńca i na czele procesji prowadził go do pałacu. Tej nocy z wież zamkowych dochodził mrożący krew w żyłach wrzask - poddani chowali się w swoich domach, zamykali okna, zatykali uszy swoim dzieciom. Rodzina, która straciła jednego z członków, była wspomagana przez sąsiadów. Wszyscy żyli w zgodzie, każdy mógł liczyć na każdego. Niczego nie ukrywali, nie mieli przed sobą tajemnic - byli jedną duszą w wielu ciałach, zjednoczeni w strachu przed okrutnym królem.
W królestwie Onyksu na szacunek zasługiwali głównie lekarze i duchowni.
Uczelnie kształciły najlepszych medyków, zaś Msze odprawiali pobożni księża. Onyks niczego nie pragnął bardziej, niż zbawienia. Chciał, by uważali go za dobrego króla, żyjącego w zgodzie z Bogiem i poddanymi. Cenił sobie ludzkie życie, a myśl o cierpieniu napawała go lękiem. Bał się śmierci. Wszystkie miejskie ulice zawsze świeciły czystością, podobnie jak mieszkania ludu. Co miesiąc, podczas nowiu, strażnicy przeszukiwali domy mieszkańców i oceniali je pod względem schludności. Niechlujów poddawano karze chłosty, która odbywała się na zamkowym dziedzińcu. Straże pilnowały, aby na teren królestwa nie przedostała się żadna epidemia. Lekarze radzili sobie z każdą chorobą, ludzie nie przeziębiali się. Z wolna obsesja na punkcie zdrowia przeszła na mieszczan - do domów wpuszczali tylko najbliższych sąsiadów, najlepszych przyjaciół. Niepokoili się każdym zachorowaniem. Stali się wobec siebie oziębli i nieufni. Ich jedyną rozrywkę stanowiło przechwalanie się kondycją członków swojej rodziny.
Najmłodszy Król - Rubin, także miał nie po kolei w głowie.
Cenił sobie pyszną strawę i dobrą zabawę. Podczas uczt nie przejmował się czystością talerzy, stołów, podłóg, czy ścian - ludzie bawili się przez całą dobę, przez cały rok. Chlubą Rubinu był legendarny róg obfitości, który raz po raz napełniał się jedzeniem, trunkami, a także drogocennymi kamieniami. Ulice miasta nigdy nie były sprzątane, domy ledwo trzymały się w fasadach, meble w mieszkaniach nie były odkurzane, leżały na podłodze, a nikt nie kwapił się, by je ustawić. W królestwie panował chaos, jednak władca się tym nie przejmował. Dzięki nieskończonym dobrom, zapewnionym przez róg obfitości, ludzie mogli tańczyć do białego rana. W zasadzie nikt nie był na tyle trzeźwy, żeby przejmować się "przyziemnymi sprawami". Mieszkańcy obawiali się tylko jednego - końca hulanki. Myśl o przerwaniu zabawy była dla nich nie do pomyślenia.
Na pewnej wyspie, mieszkał nieznany czarodziej o wielkiej mocy.
Potrafił wzburzyć fale na płaskim jak stół morzu, ruchem ręki rozgonić gęste chmury, skinieniem głowy obracać w pył najwyższe szczyty. Dla niego ptaszyny wyśpiewywały swe trele. Żył samotnie, jednak gdyby ktoś spytał go o wiek i imię, zapewne odpowiedziałby, że jest stary jak piasek, po którym chodzi, a ludzie nazywają go Przeznaczeniem. Ów starzec od jakiegoś czasu z niepokojem przyglądał się poczynaniom władców, obserwując trzy królestwa z wielkiej, nagiej skały.
Pewnego dnia, czarodziej opuścił swą wyspę.
Najpierw zawędrował do królestwa Topazu.
Stanął na wielkim placu i zwołał ludzi do siebie. Poddani byli podejrzliwi, kilku młodzieńców głośno wyśmiało staroświecko ubranego starca. Czarodziej wręczył im nasiona nieznanych dotąd roślin i kazał zasadzić je na rozległych polach uprawnych, należących do króla. Kobiety przeraziły się, gdyż monarcha surowo karał tych, którzy ośmielili się wtargnąć na teren jego zamku. Mężczyzna jednak uśmiechnął się do nich pogodnie i machnął ręką. "Dobry król ceni sobie dobroć swoich poddanych, a te nasiona z całą pewnością nie wyrządzą szkód w waszych miastach. W tych czasach nawet namiastka piękna i radości wywoła uśmiech na zmęczonych życiem twarzach." Ludzie poczuli, że starzec jest kimś, komu mogą zaufać i spełnili jego rozkazy.
Następnie wybrał się na dwór Onyksu.
Poszedł prosto do komnaty króla i wszedł bez pukania do przestronnego pomieszczenia, które zamieszkiwał "patron medyków". Władca przeraził się na widok czarodzieja, myśląc, że oto przyszła po niego Śmierć, by osądzić o jego losach. W zasadzie nie mylił się zbytnio, jednak mężczyzna sprawiał wrażenie poczciwego starca, więc Onyks odetchnął z ulgą. Staruszek wręczył mu zwierciadło w złotej ramie i polecił, by król powiesił je nad swym łóżkiem i co wieczór spoglądał w nie. Oznajmił, że dzięki niemu wstąpi na drogę zbawienia. Przestrzegł go też, że przerazi się tym, co zobaczy.
Na koniec minął bramy państwa Rubinu.
Mijał ludzi, którzy leżeli na ulicach - poddani zwykle zasypiali tam, gdzie stali - na wyłożonych kamieniem drogach, nieprzystrzyżonych trawnikach... Czarodziej stąpał cicho, by ich nie obudzić. Minął ostatnie ulice miasta i skierował się na wzgórze, gdzie stał kamienny zamek Rubinu. Niezauważony zakradł się do niemal pustego skarbca i schował róg obfitości do swojego worka. W drodze powrotnej ruchem ręki zasiał na zarośniętych chwastami polach ziarna pszenicy i innych roślin uprawnych - te wzeszły od razu, jakby za sprawą jakiegoś czaru.
Czarodziej wrócił na swoją skałę i zaczął obserwować poczynania władców.
Z nasion zasadzonych w królestwie Topazu wyrosły oszałamiająco piękne kwiaty. Ludzie oglądali je całymi dniami, ciesząc nimi wzrok, a na ich twarzach po raz pierwszy zagościł uśmiech. Jałowa ziemia królestwa nagle pokryła się zielenią. Czarodziej za pośrednictwem barwnych roślin zasiał w sercach ludu odwagę do walki ze złym monarchą. Poddani prędko obalili czarnoksiężnika, który nie spodziewał się ataku ludzi, których zwykł nazywać tchórzami.
W zwierciadle Onyksu co wieczór ukazywały się twarze zmarłych i sceny z przyszłych wojen, które miały nadejść. Władca przeraził się, jednak co noc wpatrywał się w lustro, jakby za sprawą magicznego zaklęcia. Zrozumiał, że jego zadaniem była ochrona swych ludzi przed złem innych ludzi. Choroby są rzeczą ludzką - potworną i niszczycielską, ale niezbędną, by utrzymać ziemską równowagę. Zaś wojny i prześladowania to najgorsze, co może spotkać jego poddanych. Gdy ludzie przejmowali jego pałac, poddał się bez oporu.
Po zniknięciu rogu obfitości w kraju Rubinu zapanowała żałoba i głód. Nienawykli do pracy ludzie nie potrafili zapomnieć o dawnych zabawach, jednak król zmusił ich do spełnienia obowiązków. Z czasem przyzwyczaili się do wysiłku, mało tego - pokochali swoje zajęcia. Postanowili stworzyć kraj rzemieślników i żyć w dostatku z własnych dóbr. Dla władcy nie było już miejsca. Poddani wydalili go z zamku.
Po kilku latach dawni królowie odnaleźli czarodzieja.
Poczciwy staruszek jak zwykle siedział na swojej skale i spoglądał na świat, pogrążony w zadumie. Władcy skinęli mu głowami, on odwzajemnił się uśmiechem. "Dlaczego obaliłeś nas z tronu, czcigodny panie?"- zapytali. Czarodziej odparł: "To nie ja, a wasi ludzie kwestionowali wasze rządy. Coś musi odejść, by zapoczątkować coś nowego. Spójrzcie, właśnie wznoszą nowe królestwo - pełne latających koni i małych, pulchnych istot ze skrzydłami. To tę krainę ludzie zapamiętają - nie waszą, ani waszych poprzedników. Nadchodzi czas magii, niezmąconej wątpliwościami niedowiarków. Spójrzcie..."
czwartek, 20 listopada 2014
Zmyślanie
Zmyślać to może każdy - cztero-, czternasto- i czterdziestolatek. Samo zmyślanie niczym paskudnym nie jest - chyba, że posiadasz wierne grono słuchaczy, którzy z ochotą przychodzą do Ciebie tylko po to, by chwilę później ogłosić całemu światu, jakim Ty jesteś kłamcą.
Kurczę, miało być normalnie, jakoś tak tajemniczo i ciekawie. No nie wyszło. Zatem jeszcze raz:
To będą miniaturki.
Oczywiście, że nie umiem pisać miniaturek! Opowiadania długie jak makaron (ba, cała paczka), nie wchodzą w grę, a tylko takie istnieją na moim (zaiste, skromnym) koncie.
Lubicie czytać cudze historie? Po prostu zbadać czyjś styl, wyczuć, kim ta osoba jest, co chce przekazać. Myślę, że jest to możliwe.
Hej, może najpierw popracujesz nad własnym, co, Lav?
(kiedy ja wpadłam na pomysł, żeby się tak nazwać?!)
No więc będę tu pisać. Pisać i pisać. Opowiadać. Może sama. A może nie. Ciekawe.
Kim jesteś?
Nudną małolatą, której życie kręci się wokół czterech wątków, a bohaterskie czyny istnieją tylko w odmętach wyobraźni. A ten szary tekst, nazwijmy go Sową, dobrze?, jest tu tylko i wyłącznie po to, by uprzykrzyć mi, i Wam, życie. Tak więc Sowa dopowie coś za mnie, niekoniecznie na temat.
No to bye i do jutra ;)
Kurczę, miało być normalnie, jakoś tak tajemniczo i ciekawie. No nie wyszło. Zatem jeszcze raz:
To będą miniaturki.
Oczywiście, że nie umiem pisać miniaturek! Opowiadania długie jak makaron (ba, cała paczka), nie wchodzą w grę, a tylko takie istnieją na moim (zaiste, skromnym) koncie.
Lubicie czytać cudze historie? Po prostu zbadać czyjś styl, wyczuć, kim ta osoba jest, co chce przekazać. Myślę, że jest to możliwe.
Hej, może najpierw popracujesz nad własnym, co, Lav?
(kiedy ja wpadłam na pomysł, żeby się tak nazwać?!)
No więc będę tu pisać. Pisać i pisać. Opowiadać. Może sama. A może nie. Ciekawe.
Kim jesteś?
Nudną małolatą, której życie kręci się wokół czterech wątków, a bohaterskie czyny istnieją tylko w odmętach wyobraźni. A ten szary tekst, nazwijmy go Sową, dobrze?, jest tu tylko i wyłącznie po to, by uprzykrzyć mi, i Wam, życie. Tak więc Sowa dopowie coś za mnie, niekoniecznie na temat.
No to bye i do jutra ;)
EDIT 25.11 Dodałam nową etykietę, i boję się, że zmieniło to porządek postów.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)